księga

2009
styczeń
2008
lipiec
czerwiec
styczeń
2007
listopad
wrzesień
sierpień
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2005
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2004
grudzień
listopad
październik
wrzesień
lipiec
czerwiec


x
portfolio

.
krasnal
bajki
koralina
exsilentio
cebulove
rupi
zapach kobiety
envee
smukwijne
issues
nietypowy
niedźwiedź
dzikie serce


2009-01-26 08:17:00
filmy przyrodnicze
Mówią, że doświadczenie uczy.

W sobotę na HBO leciał 'Krwawy Diament' - Leonardo diKarpio w roli najemnika-przemytnika któremu murzyn i piękna pani reporter pokazują gdzie jego miejsce na ziemi, w warstwie pierwszej. Całość jest o wojnach domowych w Afryce, biznesie jaki na tym się robi, chciwości, mordowaniu ludzi i niewolnictwie. Po niemiecku jest na to piękne okreslenie - weltschmerz (cierpienie świata). Leciał film, a ja nie moglam po nim spać poł nocy, chodziły po głowie obrazy i pytania.
Jakiś czas temu leciał 'K19' z Harrisonem Fordem, o atomowej łodzi podwodnej. Reaktor się musiał oczywiście zepsuć, ludzie musieli tam wejść go naprawić, a mi się potem śnili jak w okropnym stanie stamtąd wychodzili.

to jedna strona medalu

Wczoraj był wolniejszy wieczór, więc na tapetę wskoczył film '27 sukienek' - romantyczna opowieść o kobiecie która całe życie była druhną, czekającą na swoją kolej, aż w końcu niespodziewanie się udało - tak w skrócie. Komedie romantyczne są ponoć jednym z głównych źródeł kobiecych wyobrażeń o miłości, zakochaniu, relacjach damsko-męskich - i są przez to dość niebezpieczne. Wyobraża sobie taka potem niewiadomoco, że On będzie poetą i drwalem w jednym, że klótnie z Nim będą najlepszym co ją kiedykolwiek spotkało, że będzie czarował, bawił, troszczył, że będzie szorstki i miękki.

Tak się zastanawiam, czy nie zrobić sobie roku oglądania tylko i wyłącznie filmów przyrodniczych. 
skomentuj (3)

2008-07-13 18:38:25
doświadczanie nierozumienia
Nie ma to jak się urodzić w czepku (styczeń był, to zimno) i dostać parę lat później od Unii Europejskiej wakacje a Hiszpanii, w ramach zadośćuczynienia i programu płatnych praktyk. Wygrzać się można rzeczywiście, do tego stopnia że by się najchętniej do lodówki schowało.

Doświadczam tu nierozumienia. Mój hiszpański pomału a leniwie pnie się na wyższe szczebelki, ale na razie nie pozwala na uczestnictwo w rozmowach wychodzących poza podręcznikowe schematy. Zostaje mi więc dużo się uśmiechać, trenować mimikę twarzy żeby wyręczała mnie w przypominaniu sobie jak było 'nie rozumiem' i 'powtórz proszę'. Nie rozumiem dużej części rzeczywistości, i waham się gdzieś między uroczą maskotką czekającą cierpliwie na wytłumaczenie a ciekawskim dzieckiem dopytującym się bez przerwy i o wszystko.

Doświadczam serdeczności ludzi, którym nie mam się jak odwdzięczyć. Poza zgodnością, gotowością do działania i wielkim 'gracias' nie mam im co dać, nawet poslkich cukierków żadnych ze sobą nie przywiozłam. Ale ciekawie jest być w takiej sytuacji.

Doświadczam gorąca, które wygania ludzi z ulic i sprawia, że miasto pustoszeje, że domy wyglądają jak martwe z wiecznie spuszczonymi roletami. Dopiero wieczorem zza framug i żaluzji słychać życie, pomału wypływające znów na zewnatrz, żeby po zmroku zagnieździć się w barach i przy stolikach na ulicy. Doświadczam życia innego, karmiącego się innym jedzeniem, mówiącego innym językiem, funkcjonującego według innego zegarka. Uczę się ich historii pełnej przepychanek, wojen, głodu, najazdów, konfliktów wewnętrznych i chwiejnych sojuszy.

Wczoraj byłam w miasteczku obok - perła architektury renesansowej, dziedzictwo światowe UNESCO. Kiedy już wszystkie punkty z przewodnika były zaliczone, znalzlam sobie murek nagrzany jeszcze slońcem i zaadaptowałam go jako miejsce do rysowania. Obiektem była brama do starego miasta, całkiem wdzięczny widok. Kiedy miałam już gotowy zarys, na ławce po drugiej stronie ulicy pojawiło się dwóch chłopców. Coś tam sobie rozmawiali, się smiali, słuchali muzyki z komórki, aż w którymś momencie zrobiło się cicho, aż za cicho. Pogrążona w cieniowaniu śladów hamowania na ulicy przeżylam szok, kiedy nagle nad moją głową przeleciał jeden z chłopaków, i pobiegł przed siebie żeby się schować za rogiem. Za chwilę wrócił gdzies tyłami, zmierzyliśmy się wzrokiem na zasadzie whazzza!! Widać aktualnie najlepszą rozrywką w miescie było skakanie nad obcokrajowcami. Kiedy rysunek był gotowy i pozbierałam swoje rzeczy, pożegnałam się z nimi najlepiej jak umiałam - fajnie mieć znajomych w końcu!
Kiedy kończą się punkty w przewodniku, zaczyna się życie.


skomentuj (1)

2008-06-16 07:36:01
metkę
będę nosić piękno,
dobroć,
mądrą zaradność
tak na lewą stronę,
żeby zawsze było widać
Twoją metkę




skomentuj (3)

2008-01-02 11:42:18
rozmowa dwóch kumpli w Sylwestra
- e, ale nie rozmawiajmy dziś o uczelni, porozmawiajmy o dziewczynach
- no, karta graficzna mi się ostatnio zwaliła

kurtyna ;)
skomentuj (4)

2007-11-18 15:27:46
eislaufen
jeszcze nie astronomicznie, ale zrobiła się zima. Ludzi nie chodzą już na spacery, ale przemieszczają się między budynkami. Z domu na uczelnię, z uczelni na stołówkę. Właściciele psów czekają tylko, aż się bydlę załatwi i spowrotem do domu. Ale zima znaczy też śnieżki, dupoloty, białe stoki i - łyżwy.
Wczoraj całkiem spontanicznie zebraliśmy się w kilka osób i wyruszyliśmy na poszukiwanie Eissportzentrum - w czapkach, rękawiczkach i z mapą w dłoni. Trafiliśmy na Ice-Disco - czyli to co u nas jest normalne, że muzyka leci - tutaj to coś specjalnego. Wypożyczyliśmy łyżwy, pomogliśmy jednemu koledze który pierwszy raz był stanąć na lodzie, i poszłoo! Z wielkimi bananami na buziach ścigaliśmy się, obrzucaliśmy się śniegiem, przewracaliśmy się. Od czasu do czasu w ramach przerwy zjeżdżało się za barierki. Tam czekał termos z małym kubeczkiem, który trzymałam w rękach puchatych od rękawiczek, grzejąc się grzańcem. Kubeczek krążył od rękawiczek do rękawiczek, potem lądował pod ławką a my jak pingwiny (w łyżwach nie da się inaczej) lecieliśmy spowrotem na lód, bo fajna piosenka była. Jak czas nam się skończył jedna dziewczyna stwierdziła, że cała Sara ją boli - ale gdzie nie ma bólu nie ma szczęścia. Bólu było trochę, ale szczęścia mnóstwo.
skomentuj (3)

2007-11-08 17:13:14
praca
mam jutro rozmowę kwalifikacyjną o rozdawanie ulotek na ulicy :D skończył mi się właśnie tydzień, dniem przeplatanym sensownością i bezsensownością. Jutro już tylko zajęcia z nimieckiego, załatwianie jakiś świstków w urzędzie i rzeczona rozmowa kwalifikacyjna. Nie ma to jak bezstresowy weekend.
skomentuj (3)

2007-09-24 21:43:59
elegia
dziś przywiało mnie tu nowością - otóż mam nadzieję, że niedługo siostra moja zaoceaniczna rozpocznie tutaj
swoją ogólnie dostępną twórczość dziennikarsko-prozaiczno-poetycką.

a mnie pojutrze zawieje na zachód dziki, co kiedyś był wschodnimi niemcami, i tam to się będzie działo...
skomentuj (3)

2007-08-15 21:22:29
środek wakacji
i tu nastąpił zawias wakacyjny
i nie wiem kiedy go odwieszę
bo na razie nie dojrzałam jeszcze
do pisania

za to do opowiadania jak najbardziej
skomentuj (2)

2007-06-28 18:24:24
potencjał
M lubi otwarte drzwi. Możliwości, niedokończenie. Ja czekam na moment, kiedy usiąde i życie będzie faktem dokonanym. Na razie odkrywamy, że część historii jest już za nami. Mówi się o czymś, czymś ważnym, że było 5 lat temu, 7 lat temu, 9 lat temu. Ale rozmawiałm dziś z jedną pań w moim urzędzie. Jest jakoś po 50, pracuje w sekretariacie. Wiąże koniec z końcem bo jej mama jeszcze żyje i dostaje emeryturę. Zaczęło się od czegoś niewinnego, a skończyło na tym, że jest jak w labiryncie, i nie ma żadnej potencjalności. Żadnej możliwości wyrwania się z tego, jak jest - z pracy, gdzie jest niedoceniana bo w sekretariacie przecież pije się tylko kawę na koszt podatnika. Z tego, że nie może sobie pozwolić na nic ponad. Mówi, że jakby miała 20 lat mniej to by jej w tym kraju nie było.
Potencjał jest groźny, bo może zawieść. Dlatego powinno się kochać tylko umarłych poetów. Ale jak go nie ma to chyba jeszcze gorzej. So let's enjoy our potential - and ingnite it
skomentuj (0)

2007-06-28 17:43:37
go west
Kiedy odwozi się M. do domu, droga prowadzi na zachód. Wczoraj prowadziła dodatkowo na zachód słońca. Piękny, pełen fioletu, z łagodnym pomarańczem, magicznymi chmurami. Aż się nie chciało odbijać na osiedle, więc jechałyśmy, jechałyśmy aż pojechałyśmy na pizzę do bociana. Pyszną i chlebek czosnkowy. Kiedy zamówiłyśmy, M wyszła na chwilę, na jej miejscu ni stąd ni zowąd znalazła się moja wychowawczyni z liceum. Nie widziana od nie wiem kiedy, bo do Holandii wyjechała ze swoim wysokim mężem. Pogadałyśmy szaleńczo - ona taka szaleńcza właśnie jest, mailami się na nowo wymieniłyśmy. Okazało się, że ten zachód miał jakąś intuicję. Oprócz tego, że piękny wieczór z M spędziłyśmy :)

skomentuj (0)



[ Am & layout4you ]